Słońce powoli wyrastało ponad szare wieżowce rozświetlając martwą trawe. Bez pośpiechu budziła się ta część miasta. Miasta, które miało być rajem dla tysiąców pracowników fabryk, manufaktur i wszelkiej "socjalistycznej burżuazji". Od czasów tej świetności bardzo się tu zmieniło. Fabryki upadły, manufaktury zostały wyparte przez chinszczyzne. Stare zakłady pracy są teraz zamieszkiwane przez gołębie, bezdomnych i szczury.
Tysiące cudownych mieszkań w wielkich wieżowcach zmieniły się w wiezienia, tych co źle przygotowali się na zmiany. Można uciec, ale gdzie?
W mieście ty, po za kartonowymi wieżowcami istniał jeden wyjątkowy budynek, który pełnił kiedyś rolę ratuszu. Była to stara willa, pamiątka po SS-manach. Spał tam teraz Marek. Kilka promyków słońca wpadło przez okno starej willi prosto na twarz chłopca. Nigdy nie spodziewał się takiej gościnności, wśród nowego otoczenia. Ostrożnie otworzył jedno oko, potem drugie. Podparł się na ramieniu, rozejrzał się. Był tam sam. Wstał z ziemi, poczuł obolałe kości i bark, który został dotkliwie potraktowany wieczorem. Nigdy nie zapomni tego co się działo. Teraz już był spokojny. Wyjrzał przez okno. Podwórko było puste. Tylko na ławce nieopodal siedział starszy mężczyzna w kapeluszu. Był wpatrzony gdzieś w dal.
"Pora wracać do domu" - pomyślał. Skierował się w stronę wyjścia. Powitał go przygnębiający tutejszy krajobraz. Szare bloki, zżółkniałe trawy, połamane ławeczki. Wszystko było pozbawione życia. Tylko mrówki przeczesywały zaschłe trawniki w poszukiwaniu zapasów. Marek ruszył w poszukiwaniu swojego domu. Nietrudno było tam trafić. Najwyższa i najbardziej pozbawiona życia budowla w okolicy. Po za tym Marek pamiętał swój nowy adres zamieszkania: robotnicza 17/29. Adres brzmiał dość surowo nawet jak na te przeklęte miasto.
Wdrapał się ospale na 5 piętro. Delikatnie zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła Matka Marka.
- Gdzie się podziewałeś? - spytała.
- Szkoda gadać mamo - odpowiedział spokojnie - to już się nie powtórzy.
Matka pokiwała głową i złożyła ręce jak do modlitwy - Idź coś zjeść i się umyj.
Syn jej nic nie odpowiedział. Tylko ociężałym krokiem poszedł do kuchni.
Marek był dość wysokim chłopcem, miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Nie był bardzo umięśniony, ale był dość sprawny fizycznie. Tam gdzie wcześniej mieszkał, cały czas musiał pomagać rodzicom w gospodarstwie. Nie lubił się uczyć, był leniwy jeżeli chodzi przedmioty będące jego codziennym obowiązkiem. Na ogół był spokojny i małomówny. Lecz bywał też wybuchowy.
W kuchni zjadł śniadanie, rozmawiał też chwilę z ojcem. Gdy skończył jeść i wyruszył do łazienki. Mama powiedziała do niego: "Cieszysz się, że idziesz jutro do nowej szkoły? Poznasz nowych kolegów".
- A zresztą nieważne - powiedział wyraźnie rozbawiony tą sytuacją Beki, ledwo trzymająć sie na nogach. - Może masz coś jeszcze do powiedzenia?
Marek wyglądał jak trup. Otoczony był złowieszczym śmiechem jak w pułapce, z której nie ma wyjścia. Poczół się jak człowiek gorszej kategorii, brany z dystansem, nie mający żadnego oparcia w całym tym towarzystwie. Sytuacja zaczeła go wyprowadzać z równowagi. Ręka zwineła mu się w pięść.
- A czym Ty kurwa jesteś?! - wrzasnął poirytowany - Kim ty do cholery jesteś?
Gniew Marka spowodowała u Bekiego jeszcze silniejszy atak śmiechu, tak że nie mógł odpowiedzieć na zadane pytanie. Marek poczuł, że krzesełko pod nim stało się lekkie i niewygodne. Uniósł je i rzucił w stronę schodów, na których stał Beki. Mebel z trzaskiem rozpadł się, a Marek przepychając się wśród rozbawionego tłumu próbował uciec. Nie udało się.
Jego potrzeba wolności została zachamowana przez nagłe, mocne uderzenie w bark.
- Gdzie idziesz glizdo? - odezwał się jakiś głos. W oczach Marka cały świat się rozmwazał. Po chwili poczuł, że ktoś ciągnie go za bluze po ziemi. Zaraz ukazały mu się kontury leżącego na ziemi krzesła. Podniósł wzrok, tam zauważył tylko wesołą twarz Bekiego.
- Ej, młody jesteś i nic nie wiesz - powiedział już całkiem poważnie Fühler - mamy tu swoje zasady, jak sie nie dostosujesz to zginiesz tu.
Beki rozejrzał się po ożywionej publiczności.
- Dobra nie ma tu czego szukać! - krzyknął - iddzie już stąd!
I wedle jego polecenia sala cała opustoszała w pare minut. Został tylko Marek walący w drewnianą podłogę pięścią. Cała ta sytuacja wymusiła na nim zmęczenie i rozdrażnienie. Słońce już całkiem ukryło się za blokami, na dworze było już cicho. Słuchać można było tylko głos wesołej młodzierzy pod wpływem napoi wyskokowych.
Słońce zupełnie ukryło się za blokami. Zapanowała ciemność, która okryła starą, zdeptaną trawę. W niektórych oknach zabłysło przymglone, żółte światło, inne pomrugiwały nerwowo.
Parter starej willi też został oświetlony. Trudno było określić co jest źródłem światła. W środku odbywały się dziwne rozmowy. Obiektem zainteresowania był chłopiec siądzący twardo na krzesełku. Chłopiec zwykły a jednak tak wyjątkowy by stać się kimś, kto odbiegał od reszty normalnego towarzystwa.
Rozmowa wkońcu musiała ruszyć, dość już siedziała w martwym miejscu. Wiedział o tym Beku, oraz kilku innych osobników tam zebranych.
-Zamknijcie się wkońcu! - wrzasnął "przewodniczący", zresztą był czasem tak żartobliwie nazywany, z czasem mianowano Bekiego równierz "Fühlerem".
Po paru chwilach sala ucichła.
-Szyszek, następnym razem masz w ryj, - wygrażał palcem Beki - my mamy ważną sprawe do spełnienia.
Ktoś okropnie zaśmiał się na sali. Beki uśmiechnął się szyderczo.
- Ten o to ktoś właśnie - mówił z pogardą - przyłączył się do naszej małej społeczności. Małej, a jednak silnej.
-Skończ już to! - wrzasnął Szyszek.
- No to przejdźmy do konkretów - powiedział Beki czując nerwową atmosfere na sali.
- Jak sie nazywasz? - pytanie skierował do przybysza.
- Ja... - zaczął dość niepewnie - mam na imię Marek.
Kolejne już pytania Beki wystrzeliwywał dość agresywnie i ostro, niczym naboje z karabinu.
- Ile masz lat?
- 16
- Po co się tu przeprowadziłeś?
Marek zaczął się czuć jak przesłuchiwany w sprawie morderstwa, o które go oskarżają. Rzeczywistość była jednak inna, nie zmieniało to faktu, iż był bardzo zestresowany tą sytuacją. Słona kropla potu stoczyła się po jego czole.
- Tak z kąd pochodze, ciężko o pracę. - Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale kolejny pocisk przeszył jako uszy, pozostało się tylko bronić.
- Kim jesteś?
Pytanie te, na chwilę wstrzymało oddech Marka. Oczami zaczął krążyć po suficie.
- Tylko nie mów, że nie jesteś nikim - rzucił Szyszek - tu tacy nie przetrwają. Przybysz nadal wpatrywał się w sufit. Wkońcu wydusił: "ja nie rozumiem Twojego pytania".
- A co tu rozumieć? - wtrącił Beki - ja jestem panem, a Ty kim?
- Ja nadal nie rozumiem pytania - po tych słowach Marka na sali zawrzało.
Beki głośno parsknął, po czym zaczął się głośno śmiać z przesłuchiwanego. Zaraz po nim cała sala. Tu każdy był kimś, a jednocześnie nikim.
Dzień zapowiada nową tragedie
to już tak z przyzwyczajenia.
Paskudna roślina co niewiędnie,
Rzecz tak ważna niemiejąca imienia.
Rozwarte oczy, przerażone usta,
przeraźliwe statystyki - relacja.
Dziesiątki, tysiące, strach - biała husta.
Opinia negatywna, wyrażona w emocjach.
Uczucie, że to złe, że to tragedia
zabija spokój, kutłuje w żyłach.
To coś poważnego, to żadna brednia.
Matka nad swym martwym dzieckiem wyła.
Ale nadszedł już wieczór.
Uspokajasz głowę.
Oglądasz pare minut meczu.
Potem już wyciszasz mowę.
Przestajesz już grać.
Co zrobić? już wiesz.
Idziesz spać.
A Twój niepokój zasypia też.