wszystkiego dni mijają
mijają, przeogromnie
niczym ptak ustrzelony nad swym gniazdem
gdzie miał wybór
lądować, lub wbić się w przestworza
niczym nieskażona jego wolność
przepada razem ze strzałem
wraz ze strzałem
przepada jego chęć życia
przepada wraz z nim jego potomstwo
czekające na ciepło cienia skrzydeł
które powinny
i nawet muszą
trzepotać
lecz są na tyle już nieposłuszne
i tak poddane zasadom
świata nieożywionego
że bezwładnie spadają ku ziemi
ku ziemi, by dać się jej pochłonąć
Klasa ociężale wylała się z klasy. Tym razem na korytarzu było już więcej uczniów. Nie zmieniało to faktu, że Marek dalej czuł się nieco odosobniony i wyizolowany.
Wśród wielu nowo widzianych twarzy wyłapał pary oczu zwróconych ku niemu. Zawarta w nich była wścibska ciekawość, a w innych wymuszony brak zainteresowania.
Marek nie wiedział w jakiej sali odbywa się kolejna lekcja. Ruszył więc za dziewczętami, które jako jedyne nawiązały jakiś kontakt z nim. Idąc za nimi poczuł dotyk na ramieniu. Odwrócił się i ujrzał krótko ogolonego chłopaka. Twarz nie miał przyjemną, efekt ten wzmacniała mina, która sprawiała wrażenie ogólnego rozdrażnienia.
- Ty jesteś ten Marek? – zapytał. Marek nie był pewien co go może czekać. Pomyślał, że jedna z tych dziewcząt to jego przyjaciółka i że wzbudził w nim zazdrość. Nie zrobił nic przecież złego. Po krótkim przemyśleniu tej sytuacji odpowiedział twierdząco na zadane pytanie.
- Na osiedlu mówi się o Tobie – powiedział znów chłopak – że wkurwiłeś Bekiego. On tego może nie daje po sobie poznać, ale jeżeli to co słyszałem to prawda, to masz lekko przejebane.
Marek odetchnął, nawet na twarzy znalazł miejsce na serdeczny uśmiech. Rozmówca odwdzięczył się tym samym. Wyciągnął do Marka prawą dłoń i przedstawił się:
- Jestem Guma, właściwie to Wacław. Ale nawet nie warz się tak do mnie mówić.
- Jak wiesz jestem Marek – odpowiedział. Serdecznie uścisnął dłoń. Twarz Gumy wydała się teraz o wiele przyjaźniejsza.
Guma odprowadził nowego kolegę pod klasę. Po drodze opowiedział o konflikcie jaki trwa już kilka lat w tym mieście: „Właściwie to nawet nie wiem kiedy to się zaczęło. Ale już dosyć długo napierdalają się tu osiedla. No tylko Pomoście i Centrum nie bawią się w to. W sumie jak jest potrzeba to i Ci idioci z Pomościa potrafią najebać komuś, oczywiście przeciw Szczurzycą nie mają szans. A i jeszcze przeciwko tym mięśniakom z Osiedla Fermana. A jeżeli chodzi o centrum to oni mają psy. Tam mieszkają tacy sami co się jakoś wybili i ci co w psiarni pracują. Ale powiem Ci jedno: pies jest twoim wrogiem największym. Co do tego to z każdego osiedla usłyszysz to samo: niszcz psa.” Guma opowiadał o tym z dużym zaangażowaniem, aż do momentu kiedyś doszli pod klasę Marka.
Wacław poszedł zaraz w swoją stronę. Zanim to zrobił zapewnił jeszcze Marka, że jakby miał z kimś problem, to mu pomoże.
Marek rozejrzał się pod klasą. Zobaczył sporo nowych twarzy, ale również rozpoznał te dwie dziewczyny. Ich wzroki się spotkały. One podeszły do niego. Obie uśmiechnięte i sprawiające wrażenie wyraźnego zainteresowania nowym kolegą. Bez skrępowania przedstawiły się mu. Jedna miała na imię Justyna i była średniego wzrostu z farbowanymi, rudymi włosami. Cerę miała czystą, a twarz starannie i wyraziście pomalowaną. W dodatku posiadała piękne oczy i długie rzęsy. Druga przedstawiła się jako Malinka. W rzeczywistości nosiła imię: Martyna. Była wyższa i miała krótko ścięte krucze włosy. Oczy miała piwne i wychudzoną twarz. Obie sprawiały wrażenie sympatycznych dziewcząt.
Marek resztę przerwy spędził na przyjaznej rozmowie z nimi.
Znów zadzwonił dzwonek i rozpoczęła się kolejna lekcja - historia. Marek zajął miejsce w pobliżu nowych koleżanek, które zazwyczaj siedziały gdzieś w końcu sali. Lekcje prowadziła otyła, starsza kobieta o surowej twarzy, która zbytnio nie przejęła się nowym uczniem, ani tym, że jest niesłuchana. W klasie panował chaos. Do ławki Marka przysiadł się Jerba. Wyjątkowo masywny chłopak z wielką blizną na policzku. Po za tym, że przedstawił się, to niechętnie opowiadał o sobie. Ogólnie nie mówił za dużo. I raczej był zajęty słuchaniem rozmowy Malinki i Justyny z Markiem. Jerba wyraźnie wsłuchiwał się w każde słowo i lekko się uśmiechał do Justyny. Ona też odwzajemniała mu uśmiech.
Marek był zajęty rozmową tak bardzo, że nie był w stanie zauważyć rzeczy, która na pewno jego dotyczyła. Większa część klasy na lekcji dyskutowała o nim.
W jednej chwili ktoś wstał gwałtownie z ławki i zawołał Marka. Marek był zdezorientowany. Odwrócił się do chłopaka, który go wołał. Nawoływanie nie brzmiało nieco komicznie. Wychwycić w nim było można nutę lęku. Marek odwrócił się. Stał za nim szczupły chłopak o przetłuszczonych blond włosach z wyjątkowo brzydkim uzębieniem. Ubrany był w flanelową koszulę i w obdarte dżinsy.
- Cioto, spotkamy się po szkole – powiedział do Marka z wrednym uśmieszkiem i odwrócił się po chwili. Jerba w tym momencie ożył i spojrzał na Marka.
- Pierwsza solówka po przeprowadzce? – zapytał po czym zaśmiał się cicho.
Nowy uczeń był wyraźnie zaskoczony tą sytuacją. Wcześniej nigdy nie uciekał do przemocy, bo nie miał takiej potrzeby. A teraz właściwie za nic był wyzwany na pojedynek i to jeszcze w tak bezpośredni sposób. Marek w myślach rozważał możliwość ucieczki i konsekwencje z tym związane po czym zrezygnował z tej alternatywy i postanowił wstawić się na walkę.
- Nie przejmuj się nim – powiedział znów Jerba – to mele peta, dasz mu radę. Powinieneś to wygrać, bo to chłopak z Dębowic. W sumie ciężko będzie Ci zdobyć szacunek na Szczurzycach, gdy dasz się położyć jemu.
Spokój Jerby raził Marka. Na pewno przyczyniło się do uczucia dyskomfortu w nowym towarzystwie. Nie bał się samej walki, lecz swojej przyszłości, zmian, które będzie musiał wprowadzić w życie. Nowe życie dało mu się znów zaskoczyć i kolejny raz to nie była miła niespodzianka.
Słońce wisiało już dość wysoko jak na tą porę nad horyzontem. Marek zmierzał teraz do szkoły. Był to czteropiętrowy budynek zbudowany z czerwonej cegły. Ściany pokryte są cała masą napisów i sloganów, które sprawiają wrażenie rywalizacji o miejsce i większą widoczność z ulicy. Marek jeszcze nie rozumiał co walka ta miała na celu i jakie są strony konfliktu, co więcej musiało ich być więcej niż dwie. Marek w końcu minął furtkę, i zmierzał do wejścia. Drzwi były otwarte na oścież.
Marek nie dostał, żadnej instrukcji jak radzić sobie w nowej szkole. Był zdany na swoją intuicję. Korytarze były długie i wąskie. Sytuacji nie poprawiał fakt, że szkoła była przepełniona. Choć nie było można tego odczuć, gdyż uczniowie niechętnie przychodzili na pierwszą lekcję, zwłaszcza w poniedziałki. Mimo to władze miasta nigdy nie pomyślały by stworzyć nową placówkę tej rangi. Sama szkoła wymagała remontu. Przez stare, drewniane, nieszczelne okna przeciekał deszcz. Na ścianach rozwijała się bogata cywilizacja grzybów i drobnoustrojów. Przyczyna chorób nauczycieli i personelu sprzątającego.
Marek usiadł pod salą 213. Czekała go pierwsza lekcja w nowym otoczeniu - matematyka. Pod salą siedziało kilkoro uczniów z niewyspanymi oczyma, ich powieki wydawały się bardzo ciężkie. Budziły wręcz podziw, że ktokolwiek ma czelność, siłować się z nimi. Żadna osoba nie zwróciła uwagi na Marka siedzącego dość niecierpliwię. Może dlatego, że Marek ubierał się normalnie i nie rzucał się w oczy. Normalnie znaczy, że tak jak każdy, bez żadnych krzykliwych dodatków. Właściwie w tej szkole każdy chłopak się tak ubierał. W śród nich nie było rewii mody. Przeciwnie do dziewcząt, które robiły bardzo wiele, by podobać się chłopakom. Ich postawa mogła przerażać niektórych ludzi z zewnątrz. Mimo, że nie brakowało im wiele do pełnoletniości, wymuszały swoją kobiecość. Nie było tu na to miejsca. A raczej były wypierane, zdominowane przez młodych mężczyzn śródmiejskiego świata.
W końcu zadzwonił dzwonek. Dźwięk ten, wcześniej otoczony prawię absolutną ciszą, brzmiał teraz przeraźliwie. Skutecznie obudził niedospaną młodzież. Pojawił się też nauczyciel, który również nie wyglądał najlepiej. Oczy jego były spuchnięte i pełne niezadowolenia. Uczniowie zajęli swoje miejsca, Marek usiadł miejsce w ostatnim rzędzie. Rozejrzał się. Sala lekcyjna była niezadbana i tak jak reszta szkoły wymagała remontu. Przy ścianie znalazło się kilka rupieci. Wśród nich było miejsce dla starych globusów, brył geometrycznych, książek, słownika, a nawet starego roweru.
Łysawy nauczyciel matematyki niemrawie rozejrzał się po uczniach. Zaczepił wzrok na Marku.
- Łowiński? - zapytał głosem bardzo niskim i nieprzyjemnym.
- Tak - odpowiedział Marek, bo tak właśnie miał na nazwisko.
- Ach tak, to Ty jesteś tym nowym. Ale od razu Ci radzę - mówił nauczyciel do momentu aż przerwał ktoś mu.
- Zamknij pysk łysolcu, nie widzisz, że tu ludzie śpią?! - powiedział bardzo agresywnie jeden z uczniów. Nauczyciel rzucił na niego groźnym wzrokiem. Lecz już dawno jego wzrok nie budził strachu, więcej, nie powodował żadnej reakcji.
- No to Łowiński, czekają Cię tu ciężkie czasy - rzekł pan i usiadł przy biurku dopijając kawę.
W klasie coś jakby dotarło do uczniów. Ta szkoła, te miasto ma nowego więźnia, nowego wojownika. Nie chcieli pokazywać zbytnio swojego zainteresowania. Po za tym nie mieli na to siły. Marek poczuł na skórze wzrok innych. Ciężko było powiedzieć co się zaraz stanie. Marek czuł się podobnie jak w willi dwa dni wcześniej.
- No koleżko – mówił matematyk – możesz tu podejść?
Marek nie odpowiedział, wstał i wykonał prośbę. Dosyć spokojnym krokiem podszedł do biurka nauczyciela.
- Popatrz tu – wskazała palcem ostatni numer w dzienniku, numer Marka i przeciągnął palcem całą rubrykę. – Widzisz tu oceny?
Marek poczuł, że zaraz może stać się co przykrego. Przywiózł przecież oceny ze swojej szkoły. Na pytanie nauczyciela Marek odpowiedział milczeniem.
- No koleżko, to trzeba nadrobić. Ze mną nie będziesz miał łatwo, skończył się dzień dziecka.
- Ale ja mam oceny z poprzedniej szkoły.
- Na pewno nie w tym dzienniku. – Nauczyciel uśmiechnął się do Marka, niby to przyjaźnie. Lecz był to uśmiech wyższości, który miał raz na zawsze ustawić hierarchię w tej szkolę. I że rzeczywiście Marek odczuł podobnie, że nie w tej szkole nie zdziała wiele. Nauczyciel odesłał Marka do ławki.
Przez resztę lekcji potem Marek spędził na słuchaniu narzekań i pretensji nauczyciela. Dowiedział się też, że jego na nazwisko brzmi: Grajczyk. W każdym razie pan Grajczyk sprawiał wrażenie frustrata, który lubił czuć wyższość nad innymi. Widocznie, dosyć długo nikt nie dostarczył mu tego złudzenia.
Marek w trakcie lekcji zauważył, że jest celem czyjeś uwagi. A konkretnie dwóch dziewcząt siedzących pod ścianą. Które między słowami rzucały w stronę Marka spojrzenia. Były dosyć ładne, ubrane bardzo wyzywająco. Co chwilę śmiały się po cichu do siebie. Markowi przywróciło to wiarę, że „wszystko się jakoś ułoży”. Tymczasem pan Grajczyk kontynuował swoje narzekanie: „za moich czasów było o wiele gorzej, a wam tylko głupoty i dupy w głowach. Ja wam powiem, wy wszyscy macie nasrane, tak jak wasi rodzice. Na ich miejscu już dawno utopiłbym was wszystkich w beczkach. Tylko syf potraficie robić. Zero ambicji i chęci do nauki. Jak byłem młody to nie każdy miał taką możliwość jak wy. To przez was te miasto umiera! Jak się tu wprowadzałem było cudownie, a teraz jest psiarnia i syf, i burdel jeden wielki! I doceńcie to, że ja tu jestem i wam to mówię. Bo ja wcale nie muszę tu być. Ja już dawno mogłem mieć świetną posadę w stolicy.”
Uczniowie nigdy nie wchodzili z nim w dyskusję. Traktowali go raczej bez większych namiętności. Byli wręcz znudzeni jego osobą. A jemu samemu dość często się zdarzało otwarcie wyrażać swoje niezadowolenie. Choć często nie miał racji, jednak zawsze znajdował winnych zła tego miasta i jego osobistego życia.
Opowieść jego o tym jak młodzież niszczy jego życie trwała aż do dzwonka. Lekcja minęła już bez większych rewelacji. Dzwonek po części obudził klasę.
Rozdział 2.
Słońce powoli wyrastało ponad szare wieżowce rozświetlając martwą trawę. Bez pośpiechu i zbędnych radości budziła się ta część miasta. Miasta, które miało być rajem dla tysięcy pracowników fabryk, manufaktur po wielkiej wojnie. Kusiła młodych ludzi do przybycia tu i rozpoczęcia nowego, pięknego życia. Od czasów tej świetności bardzo się tu zmieniło. Fabryki upadły, manufaktury zostały wyparte przez innych producentów. Stare zakłady pracy są teraz zamieszkiwane przez gołębie, bezdomnych i szczury. Pozostałości po nich były wszędzie. Przystanki linii autobusowych które przewoziły robotników, obecnie miejsca postojów i posterunki młodych wojowników tego miasta. Nazwy ulic nazwane ku czci proletariatowi i serca pamiętających, które dziś są napełnione beznadzieją.
Tysiące cudownych mieszkań w wielkich wieżowcach zmieniły się w wiezienia, tych co źle przygotowali się na zmiany. Można uciec, ale gdzie?
W mieście tym, po za kartonowymi wieżowcami istniał jeden wyjątkowy budynek, który pełnił kiedyś rolę ratuszu. Była to stara willa, pamiątka świetności. Całkowicie nie na miejscu i obdarzona szczerą nienawiścią. Spał tam teraz Marek. Kilka promyków słońca wpadło przez okno starej willi prosto na twarz chłopca. Nigdy nie spodziewał się takiej gościnności, wśród nowego otoczenia. Ostrożnie otworzył jedno oko, potem drugie. Podparł się na ramieniu, rozejrzał się. Był tam sam. Wstał z ziemi, poczuł obolałe kości i bark, który został dotkliwie potraktowany wieczorem. Nigdy nie zapomni tego co się działo. Teraz już był spokojny. Wyjrzał przez okno. Podwórko było puste. Tylko na ławce nieopodal siedział starszy mężczyzna w kapeluszu. Był wpatrzony gdzieś w dal.
"Pora wracać do domu" - pomyślał. Skierował się w stronę wyjścia. Powitał go przygnębiający tutejszy krajobraz. Szare bloki, zżółkniałe trawy, połamane ławeczki. Wszystko było pozbawione życia. Tylko mrówki przeczesywały zaschłe trawniki w poszukiwaniu zapasów. Marek ruszył w poszukiwaniu swojego domu. Nietrudno było tam trafić. Najwyższa i najbardziej pozbawiona życia budowla w okolicy. Po za tym Marek pamiętał swój nowy adres zamieszkania: robotnicza 17/29. Adres brzmiał dość surowo nawet jak na te przeklęte miasto.
Wdrapał się ospale na 5 piętro. Delikatnie zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła Matka Marka.
- Gdzie się podziewałeś? - spytała.
- Szkoda gadać mamo - odpowiedział spokojnie - to już się nie powtórzy.
Matka pokiwała głową i złożyła ręce jak do modlitwy - Idź coś zjeść i się umyj.
Syn jej nic nie odpowiedział. Tylko ociężałym krokiem poszedł do kuchni. Odczuwał smutek, ale pierwszy raz postanowiła się tym nie przejmować. Miała dużo już problemów na głowie.
Marek był dość wysokim chłopcem, miał ciemne włosy i niebieskie oczy. Nie był bardzo umięśniony, ale był dość sprawny fizycznie. Miał młodszą siostrę i kochających rodziców, którzy nie zawsze potrafili mu tą miłość okazać. Syn nigdy nie sprawiał im większych problemów, po za kilkoma wybrykami. Nie lubił się uczyć, był leniwy jeżeli chodzi przedmioty będące jego codziennym obowiązkiem. Na ogół był spokojny i małomówny. Lecz bywał też wybuchowy.
W kuchni zjadł śniadanie, rozmawiał też chwilę z ojcem. Oczy miał zmęczone. Myślał o dobrym śnie. Lecz w planach miał już pomoc przy remoncie, a właściwie doprowadzenie stanu mieszkania do tego, który może zdawać się być znośnym do życia.
Przy pracy cały czas myślał o tym co się stało. Właściwie to nawet nie był do końca pewny czy te zdarzenie miało miejsce. Nigdy wcześniej nie spotkał takich ludzi, ani nie był w takiej sytuacji. Popołudnie minęło mu dość szybko. Po obiedzie położył się jeszcze i próbował sobie wyobrazić te „nowe, lepsze życie”. Tak trwał aż do kolacji.
Gdy skończył jeść i wyruszył do łazienki. Mama powiedziała do niego: "Cieszysz się, że idziesz jutro do nowej szkoły? Poznasz nowych kolegów".
Słońce powoli chowało się za szare, pozbawione życia bloki. Tak, to już ten czas! Kilku łysych gości właśnie opuściło monopolowy trzymając w podrapanych dłoniach schłodzone puszki z piwem. Kilka metrów dalej z klatki schodowej wyłoniła się inna grupka młodziaków. Ruszyli za łysymi, jednak nie interesowała ich obecność piwoszy, ani nawet napoje, które nieśli ze sobą, lecz miejsce, do którego się wybierali. Była to willa, pozostałość po latach świetności. Willa była szara i rozpadająca się. Wejście było zdobione pięknymi płaskorzeźbami. Mimo korozji, spowodowaną deszczem kamieni rzucanych przez znudzoną młodzież przez parę dziesiątków lat, wciąż było można zobaczyć herb dawnych właścicieli willi. Budynek był niezamieszkały już od końca wojny i chyba nikt nie chciał się nim należycie zająć. Szybko stał się miejscem spotkań i libacji młodych ludzi.
Drzwi były od dawna pozbawione klamek i jakichkolwiek zabezpieczeń, więc grupka wchodzących ludzi nie miała żadnego problemu, by tam się dostać. W środku panował bałagan oraz woń palonego tytoniu, plastiku i rozpuszczalników. A popisane ściany informowały kto jest kim. Było można z nich wyczytać kto jest panem, a kto kurwą, jaka drużyna piłkarska jest mistrzem świata, a nawet kto jakich ma rodziców. Ale chyba najbardziej rzucał się w oczy napis: „SZCZURZE PANY”.
W głównym pomieszczeniu było około 40 osób, ich twarze były brudne, gdzieniegdzie ozdobione bliznami. Jeden z nich siedział na parapecie i wyglądał za niezwykłym przybyszem.
- Idzie tu! To chyba on! - zaczął krzyczeć, tak by wszyscy słyszeli. I rzeczywiście nieznany gość zbliżał się powoli w kierunku starej willi. Sunął powoli nogami, powoli otworzył drzwi. Na sali zapanowała cisza, która stopniowo zamieniała się w głośny bełkot. Gdzieś w oddali było słychać śmiech. Echo powodowało, że wszystko zlewało się w jeden bezsensowny śmiech. Przybysz zadrżał.
Rozglądając się, zatrzymał się na środku sali. Ktoś podsunął mu stare krzesełko, na którym kiedyś przesiadało hrabiostwo , w taki sposób, że gość od razu usiadł. Zagryzł wargi.
- Beku! Beku! - krzyczał ktoś w górę schodów - Beku schodź, jest już!
Na schodach ukazała się postać mężczyzny około trzydziestki. Stanął na schodach, tak by wszyscy mogli podziwiać jego wyjątkowo paskudną facjatę.
- Witam wszystkich! - przemówił - chyba wiecie już co się stało, w każdym razie nie na co dzień mamy okazję widzieć na naszym osiedlu jakiegoś nowego szczura.
- Jakiś taki strachliwy nasz szczur - krzyknął ktoś spod ściany – najlepiej nie ucieka na Pomoście. Nam peniaczy nie trzeba.
- Zamknij mordę debilu! - ktoś inny postawił kontrę – odwal się, nawet go nie znasz, a teraz do szeregu chuju!
Na sali zaczął panować chaos, wszyscy krzyczeli i bluzgali na drugich, Beki stał tylko ze swoim niezmywalnym uśmiechem i przyglądał się wszystkiemu. Po chwili wrzasnął:
- Co wy se myślicie!? Spokój już! Mamy sprawę do załatwienia.
Gość, siedział przerażony na krześle ze strachem, jakby czekał na niego egzekutor.
Słońce już zupełnie ukryło się za blokami. Zapanowała ciemność, która okryła starą, zdeptaną trawę. W niektórych oknach zabłysło przymglone, żółte światło, inne pomrugiwały nerwowo.
Parter starej willi też został oświetlony. Trudno było określić co jest źródłem światła. W środku odbywały się dziwne rozmowy. Obiektem zainteresowania był chłopiec siedzący twardo na krzesełku. Chłopiec zwykły a jednak tak wyjątkowy by stać się kimś, kto odbiegał od reszty normalnego towarzystwa.
Rozmowa w końcu musiała ruszyć, dość już siedziała w martwym miejscu. Wiedział o tym Beku, oraz kilku innych osobników tam zebranych.
-Zamknijcie się w końcu! - wrzasnął "prezes", zresztą był czasem tak żartobliwie nazywany, z czasem mianowano Bekiego również "Fühlerem".
Po paru chwilach sala ucichła.
-Szyszek, następnym razem masz w ryj, - wygrażał palcem Beki - my mamy ważną sprawę do spełnienia.
Ktoś okropnie zaśmiał się na sali. Beki uśmiechnął się szyderczo.
- Ten o to ktoś właśnie - mówił z pogardą - przyłączył się do naszej małej społeczności. Małej, a jednak silnej.
-Skończ już to! - wrzasnął Szyszek.
- No to przejdźmy do konkretów - powiedział Beki czując nerwową atmosferę na sali.
- Jak sie nazywasz? - pytanie skierował do przybysza.
- Ja... - zaczął dość niepewnie - mam na imię Marek.
Kolejne już pytania Beki wystrzeliwywał dość agresywnie i ostro, niczym naboje z karabinu.
- Ile masz lat?
- 16
- Po co się tu przeprowadziłeś?
Marek zaczął się czuć jak przesłuchiwany w sprawie morderstwa, o które go oskarżają. Rzeczywistość była jednak inna, nie zmieniało to faktu, iż był bardzo zestresowany tą sytuacją. Słona kropla potu stoczyła się po jego czole.
- Tak skąd pochodzę, ciężko o pracę. - Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale kolejny pocisk przeszył jako uszy, pozostało się tylko bronić.
- Kim jesteś?
Pytanie te, na chwilę wstrzymało oddech Marka. Oczami zaczął krążyć po suficie.
- Tylko nie mów, że nie jesteś nikim - rzucił Szyszek - tu tacy życia nie mają. Przybysz nadal wpatrywał się w sufit. W końcu wydusił: "ja nie rozumiem Twojego pytania".
- A co tu rozumieć? - wtrącił Beki - ja jestem tutaj szejkiem, a ty kim?
- Ja nadal nie rozumiem pytania - po tych słowach Marka na sali zawrzało.
Beki głośno parsknął, po czym zaczął się głośno śmiać z przesłuchiwanego. Zaraz po nim cała sala. Tu każdy był kimś, a jednocześnie nikim.
- A zresztą nieważne - powiedział wyraźnie rozbawiony tą sytuacją Beki, ledwo trzymając sie na nogach. - Może masz coś jeszcze do powiedzenia?
Marek wyglądał jak trup. Otoczony był złowieszczym śmiechem jak w pułapce, z której nie ma wyjścia. Poczuł się jak człowiek gorszej kategorii, brany z dystansem, nie mający żadnego oparcia w całym tym towarzystwie. Sytuacja zaczęła go wyprowadzać z równowagi. Ręka zwinęła mu się w pięść.
- A czym Ty kurwa jesteś?! - wrzasnął poirytowany - Kim ty do cholery jesteś?
Gniew Marka spowodowała u Bekiego jeszcze silniejszy atak śmiechu, tak że nie mógł odpowiedzieć na zadane pytanie. Marek poczuł, że krzesełko pod nim stało się lekkie i niewygodne. Uniósł je i rzucił w stronę schodów, na których stał Beki. Mebel z trzaskiem rozpadł się, a Marek przepychając się wśród rozbawionego tłumu próbował uciec. Nie udało się.
Jego potrzeba wolności została zahamowana przez nagłe, mocne uderzenie w bark.
- Gdzie idziesz glizdo? - odezwał się jakiś głos. W oczach Marka cały świat się rozmwazał. Po chwili poczuł, że ktoś ciągnie go za bluze po ziemi. Zaraz ukazały mu się kontury leżącego na ziemi krzesła. Podniósł wzrok, tam zauważył tylko wesołą twarz Bekiego.
- Ej, młody w dupie byłeś i nic nie wiesz - powiedział już całkiem poważnie Fühler - mamy tu swoje zasady, jak sie nie dostosujesz to będziesz skarcony.
Beki rozejrzał się po ożywionej publiczności.
- Dobra nie ma tu czego szukać! - krzyknął - idźcie już stąd!
I wedle jego polecenia sala cała opustoszała w parę minut. Został tylko Marek walący w drewnianą podłogę pięścią. Cała ta sytuacja wymusiła na nim zmęczenie i rozdrażnienie. Słońce już całkiem ukryło się za blokami, na dworze było już cicho. Słuchać można było tylko głos wesołej młodzieży pod wpływem napoi wyskokowych.
W końcu stres ustąpił, Marek zasnął.