Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Popołudnie samobójców, część 3. /edycja i addycja [Rozmiar: 47590 bajtów]
|główna|ulubiony|3681|
2011 *X* *VIII* *IV* *III* 2010 *XI* *VII* *VI* *V* *IV* *II* *I* 2009 *XII* *II* *I* 2008 *XII* *XI* *X* *IX* *VII* *VI* *V* *IV* *III* *II*

Popołudnie samobójców, część 3. /edycja i addycja

Nie będę opisywał co się dalej działo na osiedlu Szczurów, bo to jest nieciekawe - normalne procedury i czynności, które stosuje się przy tego typu wypadkach. Cała masa kogutów rozświetliłaby okolicę, gdyby było już ciemno. Niestety to były godziny popołudniowe. Wszystko straciło na widowiskowości. Potem wywiad środowiskowy przeprowadzili zręcznie policjanci. W ciągu godziny powstało dokładnie 86 różnych wersji wydarzeń w większości stworzonych przez osoby, które przy tym nie były. W każdym razie wszyscy czekali tylko na jakąś ekipę telewizyjną, by móc własną wersją podzielić się i zaistnieć w świecie chociaż przez chwilę.

Wcześniej pod sklepem pan Zenon o nieznanym nazwisku wstąpił za próg sklepu "Kukułka" i powolnym krokiem ruszył do lady. Za ladą, jakieś półtora metra stała półka ze szlachetnymi trunkami o nazwach niezwykle fantazyjnych: Dar Matuli, Złote Jabłko, Pociecha Żołnierza, czy chociażby najtańszy Skarb Elizejskich Pól. Ręką sięgnął do kieszeni, a potem z niej wysunął garść pełną żółtaków. "Pani da ten po lewej" - wyrzekł kurtuazyjnie. Pani ekspedientka, która cały czas była tam obecna, równie uprzejmie skasowała trunek i podała go klientowi. Po czym wzięła się do liczenia wysypanej na ladę zawartości kieszeni pana Zenona o nieznanym nazwisku. On zapewniał panią przy kasie, że reszty nie będzie, bo suma wysypanych pieniędzy była wyliczona. Ekspedientka, choć może nie miała jeszcze co do tego pewności, zaufała mu całkowicie. Zadowolony pan Zenon wysunął się ze sklepu serdecznie żegnając panią ekspedientkę.

Przed "Kukułką" znajdował się niewielki głaz narzutowy. Na nim właśnie usadowił się pan Zenon. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kawałek gazety. Po czym rozwinął go na dłoni. Kolejno wyciągnął z drugiej kieszeni 4 kiepy, które wykruszył na gazetę. Właśnie w tym momencie przejechały 2 ambulanse na sygnale do szpitala sprawiając lęk w sercu pana Zenona. Sygnał wszelkich pojazdów uprzywilejowanych kojarzył mu się bezwzględnie źle. Zresztą trzeba przyznać, że Zenon był już doświadczony przez życie i sygnały znał te doskonale. Od razu rozpoznał, że to karetki pogotowia. Nie był jedynie w stanie określić tego, że w nich jechały 2 połamańce, jeszcze żywe. Pan Zenon, by ostudzić emocje, uderzył denko Złotego Jabłka, po czym pozbył się zakrętki, a po chwili nawet całej zawartości butelki.

Nieszczęśnikami z karetki miał się zająć doktor Przemysław Pawłowski, ale ostatecznie trafili pod skrzydła pana Wyrwińskiego.

Akcja ratownicza pierw przebiegała sprawnie. Udało się sprowadzić pacjentów do stanu w miarę stabilnego. Mimo upadku z tak dużej wysokości Tomasz i Magdalena nie odnieśli  wielkich obrażeń, by umrzeć na miejscu, pod blokiem, pod oknem pani Krystyny, która nie mogła pojąc ogromu tej sytuacji. Doktor Wyrwiński, który był też świetnym chirurgiem, po długiej operacji, jak zwykle tryumfalnie westchnął, lekko zmrużył oczy i z uśmiechem na ustach pomyślał o Klementynce: "ktoś taki jak ja, z taką precyzją w dłoni, zasługuje na rękę mej słodziutkiej Ilonki".

Zenon wyruszył do starego parku. Miejsce te było niezadbane, trawy nie kosiło się tam nigdy. Jednocześnie było tam też niezwykle pięknie. Park bardziej przypominał stary gaj. Drzewa tam liczyły sobie po paręset lat, a drewniane ławki stały cicho pod rozłożystymi koronami. Najbardziej to miejsce lubił pan Zenon. Po alkoholu udzielał mu się zawsze melancholijny nastrój. Stawał się wtedy niezwykle wrażliwy na piękno przyrody, oraz przypominał sobie wiersze, które tkwiły mu gdzie w pamięci. Zwykle dochodził do momentu, kiedy sam zaczynał z wielkim przejęciem tworzyć własną sztukę, recytując dobrze wyważone słowa na głos z niespotykanym patosem. Bywalcy parku nie rozumieli, o czym on mówił. Wtedy smutek i poczucie samotności Zenona się pogłębiały, aż wreszcie znajdował ukojenie w śnie. Tym razem park był pusty, a jedynymi słuchaczami jego były gołębie. Te same, które przyglądały się naszej nieszczęsnej parze na osiedlu Szczurów.

Przebudzając się z lekkiego odrętwienia ujrzał te zmiennocieplne istoty przyozdobione burym pierzem. Szły alejką w stronę Zenona niczym gang. I to nie byle jaki gang, tylko taki najgorszy. Mający w swych szeregach zwykłych, bezwzględnych i brutalnych bandytów. Nie zmienia to jednak faktu, że były to wciąż gołębie, które jak na gołębie przystało miały gołębie serca.

Pan Zenon nie miał zwyczaju rozmawiać ze zwierzętami. Z nikim nie miał zwyczaju rozmawiać i nigdy nie wdawał się w dyskusje. Tym razem gołębie same do niego przemówiły. Ale to nie było żadne kłapanie dziobem. One przemówiły do niego swymi oczyma. Wieści z osiedla były w nich po prostu wymalowane. Nie było sposobu, by treści te przeoczyć. Z niedowierzaniem Zenon wyprostował się i przyjął pozycję siedzącą. Rozejrzał się nerwowo w około. Ptaki stały przed nim na starej betonowej płycie.

Zenon po chwili stagnacji z grymasem na twarzy skrytykował gołębie: -jesteście podłe. Gołąb, który był odpowiedzialny, za ten szpetny wyczyn nie poczuł w ogóle skruchy. Spojrzał pytająco na Zenona. Zenon poczuł jak wzrok ten go pożera, jak każe mu rozdrapywać rany nieznanej obecnie prawie nikomu. Zawiłość i ból w niej zawarty był przeogromny. Zenon pobladł. Podniósł pustą butelkę po bełcie i zajrzał na samo dno. Ostały ino resztki, te które Zenon oddawał zawsze naturze w hołdzie. Tym razem pożałował i wypił.

Wzrok Gołębia był jak wezwanie do spowiedzi, jak wytknięcie wszystkich życiowych błędów. Zenon nie chciał wracać do tych sytuacji, do swojego żywota, którym w romantyczny sposób się brzydził.

 


Głosuj (0)


Kudłaty|15/10/2011 20:25:54|Powrót|kom


23099

Stworzono przez Dża